niedziela, 21 lutego 2016

Komplementy a samoocena

Witajcie ponownie :D
 Jest Was tu coraz więcej, wyświetleń przybywa, a nawet czytają mnie osoby, o których obecności tu, nawet mi się  nie śniło. Małe, a cieszy, naprawdę. Dzisiaj przychodzę do Was z postem, w którym poznacie troszku pacynkowych rozmyślań. Może najprościej będzie, gdy opiszę Wam ostatnie dwa dni, które ściśle łączą się z tematyką dzisiejszego wpisu.
                                                           Miłej lektury!!! 
 Od środy w mojej szkole odbywały się rekolekcje. Musicie wiedzieć, że mam to (nie)szczęście uczęszczać do szkoły katolickiej. Kiedyś pomimo profilu była ona wspaniała, ale potem zmiana dyrektorki, katechetki i WSZYSTKO się posypało, dosłownie. Na szczęście jeszcze tylko pół roku i wylecę stamtąd jak na skrzydłach. Wracając do rekolekcji. Drugiego dnia odbywały się one częściowo w szkole mojego hmmm znajomego. Poszliśmy tam razem ze szkołą i uczestniczyliśmy w spotkaniu z dwoma, byłymi narkomanami. Było bardzo ciekawie, każdy z nich opowiadał nam swoja historię. Ujrzeć łzy w oczach trzydziestoletniego faceta to naprawdę jest coś. Po zakończonych zajęciach z ust mojego kolegi padła propozycja ,,Idziemy do maca?" Nastąpiła u mnie natychmiastowa trzęsawka rąk, a w głowie odezwały się potworki. Wiecie kiedy ja ostatni raz jadłam coś w mc donaldzie?Wieki temu. Oczywiście zawsze istniała opcja, żeby pójść i po prostu nic nie brać. Jak zwykle zresztą. W tym jednak momencie odezwał się we mnie drugi głos. Normalne, zdrowe nastolatki chodzą do takich miejsc, jedzą takie jedzenie i nie dość, że żyją to jeszcze do tego nie ważą 666 ton, a ja nie mogę? I tak oto wylądowałam z kolegami w fast foodzie, popijając szejka i podkradając im frytki. Szczęki im opadły i słyszałam tylko ,, Ty coś bierzesz? Cud!!!" Byłam z siebie zadowolona, naprawdę. Niesamowicie i mocno, bo zrobiłam krok ku zdrowiu. Zadowolona wróciłam do domu i potem już nie było nic ciekawego. Ostatniego dnia odbywały się rekolekcje poza szkołą. Jechałam rowerem i usłyszałam wołania moich kolegów hahaha. Stali ze wszystkimi na przystanku tramwajowym, a ja wyprzedziłam ich i pierwsza dotarłam na miejsce. Pomyślałam, że może chcielibyście zobaczyć staruszka, na którym pokonuję tyle kilometrów w swoim życiu :3 Jest kilka razy starszy ode mnie, ale daje radę!

Zdjęcie z wakacji ;) Wiem, paznokcie piękne xD
 Gdy dotarłam na miejsce musiałam chwilę zaczekać, aż reszta szkoły też dotrze i weszliśmy do oratorium. Nie będę Wam opowiadać rekolekcji, bo zanudzilibyście się na śmierć, ale chcę poruszyć temat, który trochę się z nimi wiąże.Znacie to uczucie kiedy coś zapowiada się fajosko, a potem okazuje się lipne? Kupujecie w cukierni apetycznie wyglądające ciastko, a po pierwszej łyżeczce macie dość? Poznajecie kogoś, a on po bliższym poznaniu okazuje się niefajny? Albo ktoś opowiada Wam jakie coś jest super, a Wy wierzycie, po czym się zawodzicie? Myślę, że znacie.Tak też było z księdzem, który prowadził nam rekolekcje. Większość z osób, które poznały go wcześniej mówiły, że jest mega fajny, młodzieżowy itd. Z dobrym nastawienie ujrzałam go pierwszy raz. Niestety pozytywy na tym się skończyły. Wcale nie zachęcił mnie do siebie swoim zachowaniem. Jednak nadziei tracić nie wolno!!! Ostatniego dnia, po bliższym poznaniu okazał się całkiem fajny :3 Miałam okazję zamienić z nim parę zdań po zakończeniu rekolekcji.
 Teraz może przejdźmy do właściwego tematu posta, ponieważ jakoś nijak nie mogę się ,,wbić" w niego i jakoś składnie napisać.
 W dzisiejszym świecie bardzo dużo mówi się o samoocenie, samoakceptacji. Biorąc gazetę do ręki niezwykle często na pierwszych stronach dostrzeżemy artykuły ,,Pokochaj siebie!" itp, a zaraz za nimi przepis na bajecznie pyszne ciasto. 
Jak już jesteśmy przy cieście to polecam wszystkim sernik japoński :P
Chwilę później, przeglądając kolejne artykuły zewsząd uderzą Nas informacje jak schudnąć i osiągnąć wymarzoną figurę :')  Taki jest niestety dzisiejszy świat. Bardzo łatwo się w tym wszystkim pogubić. Aż za dobrze wiem to z własnego doświadczenia. Przyznam się Wam, że kilka lat temu ktoś bardzo poważnie zaburzył moje myślenie o mnie samej. Kiedy jest się codziennie, boleśnie przekonywanym o własnej beznadziejności, ciężko kochać odbicie w lustrze. Dlatego przestrzegam Was. Zanim kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy powiedzieć komuś coś przykrego, ugryźcie się w język i zastanówcie 13 razy. Takie słowa zostają później w głowie na lata. Wiadomo, że czym innym jest hejt, a po prostu negatywa opinia, ale najlepiej powstrzymywać się od obu z tych rzeczy. Myślę, że nie jeden raz usłyszeliście, że ludziom, którzy kochają siebie, swoje wady i zalety, żyje się łatwiej. Jest w tym 100% prawdy, a nawet 113%, w porywach do 116% hahaha :D  Nie jest to jednak proste. Niektórzy muszą pracować na to każdego dnia przez wiele lat. W czasie rekolekcji mój znajomy, który chlubi się mianem fotografa szkolnego, ścigał mnie z aparatem. Nienawidzę niepozowanych zdjęć. Moje grzywka jest rozczochrana, twarz gruba i generalnie wyglądam +13kg.W chwilach, gdy widzę takie zdjęcia moja samoocena diametralnie spada. Założyłam się z nim, że jak zrobi mi zdjęcie, na którym będę wyglądała jak człowiek to pójdę z nim na sesję, na którą mnie namawia wciąż nieprzerwanie i chyba nigdy nie odpuści. Tego dnia usłyszałam dość sporo komplementów. Zaczęło się rano, gdy pisałam właśnie  z panem H. i wysłałam mu zdjęcie w sukience z zapytaniem jaką marynarkę lub sweter do niej założyć hahaha Takie nasze pierdoły. Wtedy to pierwszy raz usłyszałam, że ładnie wyglądam. Później to samo powtórzyła mi moja koleżanka, widząc mnie w sukience. To niezbyt częsty widok patrząc na to, że jestem typem chłopczycy. Przynajmniej byłam.Jakby komplementy działały tak szybko jak te złe słowa to miałabym o sobie mniemanie co najmniej miss świata :')  W dalszej części dnia pan H. usilnie próbował mnie przekonać, że korzystnie wyglądam na jego fotografiach. W tym dniu rekolekcji miałam mieć z kolega scenkę. Działam prężnie w samorządzie szkolnym i właśnie w kółku teatralnym. Sporo pomagałam przy przygotowywaniu rekolekcji i części artystycznej . Wyszło całkiem okeyka :3 Tak jak już wspominałam po rekolekcjach chwilę rozmawiałam z księdzem. Powiedział mi kilka ważnych rzeczy. Oprócz tego, że nadmienił, że fajna ze mnie dziewczyna, inteligentna i miła ( dla kogo miła, dla tego miła xD) to przykazał mi, żebym walczyła trzykrotnie bardziej o rzeczy, które mi nie wychodzą. Pracowała nad nimi sumiennie i wytrwale, bo sukces w nich będzie trzykrotnie większy. Skojarzyło mi się to z moją samooceną. Bardzo niska zresztą. Kiedy jakimś cudem osiągnę wreszcie akceptacje siebie i nauczę się żyć w zgodzie z samym sobą to osiągnę jeden z największych sukcesów  w moim  życiu . Ksiądz zawiązał mi na czubku czapki kokardkę z żółtej wstążki mówiąc, że już nie jestem badgirl ( taki mam na niej napis). Spod samego oratorium zabrał mnie tato i pojechaliśmy do zakładu naprawy rowerów. Coś z hamulcem było nie tak. Facet, który był właścicielem zakładu okazał się bardzo fajny i miły, do tego zabawny i jako wisienka na torcie, były mistrz Polski ;3 Pół jego zakładu to rowery, a drugie pól trofea. Miał też kilkanaście(dosłownie) kilogramów krówek ciągutek z logiem jego firmy, uraczył mnie paroma i ekspres do kawy, którego nauczył mnie używać.Z jego ust usłyszałam między innymi, że bystra ze mnie dziewczyna, a do tego w cenę naprawy wliczył... dresy xD Zabawny facet. Następnym celem naszej podróży był decathlon. Moje buty do biegania po pięciu latach  użytkowania były już tak dziurawe , że tato o dziwo sam zaproponował mi nowe. W sumie buty za 60 zł przez pięć lat to mega interes. Prócz butów zaopatrzyłam się też w kominiarkę. Było mi głupio, że tato wydaje na mnie 60 zł podczas, gdy moi znajomi na zakupach wydają 1000zł bez mrugnięcia okiem. Potem wróciliśmy do domu.Tego wieczoru zasnęłam z ogromnym uśmiechem na twarzy. Następnego dnia spotkała mnie przykra sytuacja z mamą. Moje kontakty z nią są co najmniej złe. Z powodu pierdoły zrobiła mi i tacie awanturę, a tym samy zyebała mój humor na resztę dnia. Usłyszałam z jej ust tyle przykrych slow... Głupio pisać o czymś takim w internecie, ale taka jest prawda. Spokojnie mogłaby się równać z moim prześladowcą z dawnych lat w obrażaniu mnie i poniżaniu.
Te dwa dni dały mi dużo do myślenia odnośnie tego jak czyjeś słowa i nasz humor wpływają na postrzeganie siebie i samoakceptację. A wpływają, za przeproszeniem, cholernie. W dniu kiedy usłyszałam wiele dobrych słów mój humor był dobry. Patrzyłam do lustra i miałam ochotę je zbić odrobinę mniej niż zwykle. Za to, gdy usłyszałam z czyiś ust przykre słowa albo zobaczyłam średni wygląd na zdjęciach od razu humor był gorszy. Tak to właśnie w dużej części działa. Sztuką jest nieprzejmowanie się opinią innych. Wiecie, że zwykle nasze kompleksy widzimy głównie my? Dlatego nie mówmy o nich głośno. Kryjmy je, a na wierzch wyciągajmy nasze zalety. Do tego zaakceptujmy to, że KAŻDY wady ma i nic tego nie zmieni, nic! Dystans do siebie to naprawdę przydatna w życiu cecha. Najczęściej osoby, które po nas jadą mają ogromne problemy ze sobą i wyżywają się na innych. Jest to tak debilne i egoistyczne, że w głowie mi się to nie mieści...I tu apel do Was, drugi już. Każdego dnia wstańcie i powiedźcie sobie, że jesteście piękni, a wiecie dlaczego?

        BO NAPRAWDĘ JESTEŚCIE!!!
 I nie pozwólcie nikomu wmówić sobie, że jest inaczej. Kiedy uwierzy się w swoją beznadziejność naprawdę trudno poprzestawiać sobie w głowie. Hejtują bezmózgie żmije plujące jadem.
Wiecie jedną z oznak moich rożnych hmmm doświadczeń, zaburzeń i problemów jest to, że nijak nie umiem komplementować siebie. Przyznać, że coś zrobiłam dobrze też nie. Jednak każdego dnia nad tym pracuję. Tak samo jak stworzyłam to co widzieć poniżej. Na konkurs z małą siostrą. I gdyby ktoś inny mi to pokazał to zapewne podobałoby mi się, ale swojej pracy pochwalić nie umiem...
projekt sukienki na konkurs

z bliska
 A tutaj parę zdjęć :)
słonće
zabawa na rekolekcjach

japciowo-mymamonowa przekąska

powrót ze szkoły
 
pamiętnik :3
To już tyle na dziś. Miałam za dużo myśli w głowie i możliwe, że jest to dość chaotyczny wpis, ale mam nadzieję, ze się Wam spodoba.
                                                                                 ~Wasza Pacynka

piątek, 12 lutego 2016

Jeśli to pamiętasz... Miałeś super dzieciństwo!

Dzisiaj przychodzę do Was z postem dotyczącym wspomnień z dzieciństwa. Każdy z nas na pewno ma takie rzeczy, na których widok mówi ,, o pamiętam jak..." Myślę, że wiele z wymienionych poniżej rzeczy to także Wasze dzieciństwo :) Na pewno o czymś zapomniałam, ponieważ zawsze tak jest, że jak się chce wszystko wypisać to w głowie pojawia się pustka, więc jeśli Wy sobie o czymś przypomnicie to piszcie w komentarzach!



 1) JEDZENIE
 ~ chrupki cheetosy ( także te w niedostępnych już smakach np. hotdogowe, kurczakowe), duszki, maczugi





 ~ lizaki gwizdki
~ hubba bubba
Nigdy nie zapomnę jak mój kolega wcisnął sobie do buzi cztery, ogromne hubby bubby, które dostaliśmy na dzień dziecka w szkole i nauczycielka angielskiego powiedziała, że zaraz przecież się udusi. Kazała mu albo wyrzucić  całą gumę, albo chociaż część, a on... Wyjął ją z buzi, przeciął nożyczkami na pół i schował do kieszeni. hahahahaha :D
~lody kaktusy, lawa,big milk
Najtańsze, a najlepsze. Nigdy ni zapomnę jak spędzając na podwórku całe dnie, latałam do żabki i kupowałam je, a potem jadłam siedząc na krawężniku.
~ andruty
Zawsze głodna i zmęczona po basenie, wybiegałam do mamy, a ona w ręce miała właśnie to cudo.
~wata cukrowa z kubka
To także przysmak ze sklepiku basenowego, ale kryty przed mamą hahaha Wy też zawsze braliście niebieskie lub zielone słodycze mając nadzieje, że ich smak będzie inny niż wszystkie? :D


 ~ lody pałki
Kupowałam je zawsze z bratem za 50gr wracając ze szkoły. Nieważne czy było lato, czy zima. Zawsze wspominając to przypominam sobie, jak pewnego razu przechodziliśmy obok pamiętnego sklepu i powiedziałam do brata ,, To co... postawić Ci pałkę?", a przechodzący obok ludzie popatrzyli na mnie jak na kosmitę hahaha 
~ łamiszczęki
Kolejny, basenowy przysmak. Oto słodycze, które można było jeść dwa tygodnie.

~ lody wodne-kuleczki w papierowej puszcze
Nie wiem czy wiecie o co chodzi, ale na internecie nie znalazłam zdjęcia. Jadłam je z rodzeństwem w tajemnicy przed mamą, bo były wodne.

~ jupik
Mama kupowała mi go na Placu (taki targ, którego niestety już nie ma). Nazywałam to swoją pierwszą colą tyle, że niegazowaną.
~delicje
Tu nie same delicje są wspomnieniem, a sposób ich jedzenia. Pamiętacie? Najpierw czekolada, potem biszkopt, a na końcu galaretka. Przyznać się... Kto nadal tak je? :D
~lody smerfowe
Niebieskie lody <3 Ten strach,że będą podróbą i zamiast smerfowo, smakować będą jak guma balonowa fefefefujka :')
~ oranżada
Powiedzcie, że to  nie ja jestem dziwna i Wy też wcinaliście to zawsze na sucho!



~ słodyczo- pieniądze
Zarówno papierowe, jak i czekoladowe <333


~ gumo-papierosy
Była nawet ulepszona wersja, która dymiła, gdy się w nią mocno dmuchało. Wy też ,,paląc" je czuliście się jak przestępcy? :)
~ paluszki= fajki
Chyba każdy z nas udawał kiedyś, że pali paluszki, zamiast jej jeść xD

~ ciepłe lody
Teraz nie mogę na nie patrzeć, a kiedyś zajadałam się nimi i zawsze połowa kremu lądowała na nosie.
~ kolorki
Dzieciństwo, sentyment i... kolorowy język :P



~ danonkowe lody
Te oczekiwanie, aż się zamrożą i wylizywanie najpierw kryształków lodu XD

~ rosół + maggi = pomidorówka
Wam też się to zdarzyło? Kiedyś przesadziłam z maggi i mój rosół przybrał wygląd pomidorówki, a co najgorsze.. Musiałam to zjeść bleeeee

 ~ żelki
Zawsze czekałam na Jarmark Bożonarodzeniowy, żeby kupować żelki po szkole. Głównie te smerfowe, które paradoksalnie.. Były niedobre.

~gumy kulki
Tanie, a dobre. Zawsze kupowane hurtowo. Szkoda tylko, że tak szybko traciły smak.
 ~ szyszki
Kochałam, kocham i nadal kochać będę <333

Na dzisiaj to już tyle :) Jak widać pierwsza część to dzieciństwo z perspektywy jedzenia. Było tego tak dużo, że musiałam podzielić na kategorię. A co było przysmakiem Waszego dzieciństwa? Piszcie w komentarzach :)

                                                                                               ~Wasza Pacynka
 

poniedziałek, 8 lutego 2016

Zmiany,zmiany,zmiany...

Witajcie!

Na wstępie chciałabym podziękować Wam za coraz większą liczbę wyświetleń. Nawet nie wiecie jak wielka jest to radość :) Gdybyście jeszcze komentowali... Byłabym najszczęśliwsza na świecie. 
 Dzisiaj przychodzę do Was z postem, w którym opiszę Wam ostatnie dni, a także zaprezentuję kolejny przepis :D 
                                                           Zapraszam!!! 

Zacznę może od Tłustego Czwartku . Wy też w  ten dzień jesteście zewsząd atakowani pytaniami o pączki? Ile zjadłaś/eś? Jakie lubisz? Kupujesz czy robisz sam? A czy ktokolwiek z nas zna w ogóle ich historię? I czy wiemy dlaczego tego dnia bezkarnie wcinamy tyle słodkości? Podobne pytania zadała mi moja mała Kruszynka (czyt. młodsza siostra). Aby odpowiedzieć jej na te wszystkie pytania, wystukałam w Google co i jak. Wiele się dowiedziałam. Nie będę Was tym zanudzać, ale opowiem Wam ciekawostkę. Z czym zdarzyło się Wam zjeść pączki? Z różą, konfiturą,serem,adwokatem,budyniem,czekoladą... A  wyobrażacie sobie pączka z...

 Boczkiem albo słoniną?

BBLLEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE 

Wydaje się to ohydne, ale wyobraźcie sobie, że właśnie w takiej formie jadło się pączki w średniowieczu, a nawet w starożytnej Grecji. 
W Tłusty Czwartek obudziłam się bardzo wcześnie, a wiedzcie, że jeśli mówię tak, to moje paczadła otworzyły się o 4-5 zamiast tradycyjnie o 6. Pomimo nowego routera, internetu nie było. Cichutko, na paluszkach, potuptałam do przedpokoju i wspięłam się na krzesło, po czym zresetowałam połączenie i wróciłam do łóżka. Po wielu komplikacjach zaczęłam oglądać serial, a ok. 7 przyszła mama i podreptałyśmy po pączki. Wszędzie kolejki jak za komuny hahaha. Jednak w końcu udało nam się kupić pączki w Społem, które zapakowane  były w metrowej długości kartony, a do tego przy zakupie dziesięciu pączków, jedenasty dostawało się gratis!!! Na koniec wpadłyśmy do biedronki, ale nie było moich pączków z czekoladą, jedynie donaty. 


Gdy przyszłyśmy do domu było dopiero chwilę po 8, a ja zdążyłam zrobić już tyle rzeczy xD Z biedronki wyszłyśmy nie tylko z pączkami, ale i z puzzlami dla mojej młodszej siostry. Dlatego, gdy tylko obudziła się, zaczęłyśmy je układać i urządziłyśmy wyścig z moją drugą siostrą. Uwielbiam tak się bawić z Kruszynką... Iskierki szczęścia w jej oczach to coś wspaniałego. Po obiedzie wybrałam się ze starszą siostrą na mały spacer. Miałyśmy jechać rowerami, jak to mamy w zwyczaju, ale pogoda była nieciekawa. Najpierw padał grad, a potem już było tylko pochmurno.


 Ula bardzo chciała spróbować pączków w Pączkarni, ale szybko zrezygnowała. A dlaczego? Oto powód:
                                                   Kolejka ciągnąca się przez całą ulicę ;_;
Jednak znalazłyśmy coś lepszego, 666 razy lepszego! Lody pączkowe <33 Kocham Lizing


Chwilę po spałaszowaniu pysznych lodów, poszłyśmy do Carrefoura po prawdziwy cel naszej wyprawy, którym nie były pączki hahaha, a puzzle.
No i zaczęłyśmy układanie...
Tak czas zleciał nam do północy i zakończył się Tłusty Czwartek.
Napadu nie było, ale zjadłam dużo, wiec następnego dnia mój żołądek umierał, a całe ciało... Nie wiem co się ze mną działo, ale myślę, że gdyby koś zrzucił mnie z wieżowca, a następnie rozjechał tirem i posiekał na kawałki to czułabym się tak samo. Dodam, że nie choruję od roku, więc było to tym bardziej dziwne. Przez złe samopoczucie, zgagę, chyba gorączkę i inne fefefujka sprawy jedyne co tego dnia zrobiłam to trening i dokończenie puzzlowego dzieła. Niewyobrażalna satysfakcja.


Efekt jest fenomenalny i szczerze mówiąc, zdjęcie nie oddaje tego nawet w połowie.
Kolejne dni płynęły bez większych przygód ( chyba, że genialna gra w karty z Anią i tatą oraz pieczenie jej wyśmienitego, imieninowego ciasta to jakaś sensacja xD). Za to w poniedziałek (czyli dziś) wybierałam się do Kasi( koleżanka z klasy), która mieszka w dzielnicy Wrocławia, która spokojnie mogłaby być odrębnym miasteczkiem. Rano musiałam wyruszyć, jechać trzema tramwajami, aż w końcu po godzinie dotarłam na miejsce. Tam czekała na mnie Kasia i zabrała mnie do pewnej kawiarni. Była mała, przytulna i urządzona z pomysłem i smakiem. Zresztą sami zobaczcie ;)
Drzwi toalety

Zegar na ,,książkowej" ścianie


 Do tego był też kominek w telewizorze, ale zdjęcie wyszło niewyraźne :c Zaserwowano nam specjalność lokalu. Zimową, jabłkowo-cynamonową herbatę rozgrzewającą w meeeega uroczym słoiku z rączką i sernik cini minnis.
Miałam okazję spróbować truskawkowego cini minnis i zjeść truskawkę w zimie! Sernik był OBŁĘDNY.
Pospacerowałyśmy po parku, w którym Kasia pokazała mi pałacyk i ryzykując życie, udałyśmy się poboczem do jej domu na osiedlu oddalonym o parę kilometrów. Niebezpieczeństwo polegało na tym, że nie ma tam drogi, ani nawet porządnego pobocza. Nic nas jednak nie przejechało i szczęśliwie dotarłyśmy do domu, gdzie czekała na nas jej starsza siostra i kotka. Wypiłyśmy herbatę, zjadłyśmy tosty z opiekacz, które kocham, a do których nie mam sprzętu i poszłyśmy przejść się na osiedle. Normalnie paliłam się z zachwytu i zazdrości. Moim największym marzeniem było zawsze mieszkanie w takim miejscu, a nie zwykłym, szarym bloku, choć mój szary nie jest, bo zwą go ,,Papuga". Kasia jest mega kochana i cieszę się, że mogę z nią szczerze porozmawiać. Mamy podobne problemy w rodzinie, więc rozumiemy się bardzo dobrze. Kasia wspomniała też o tym, że bardzo widać jak pogorszyły się relacje moje z panną M. i że są dni, kiedy się do siebie nie odzywamy. Nie wiedziałam, że widać to tak bardzo, ale cóż...Przegrałam ze zdrowym żywieniem,jogą, bieganiem... Ona woli to niż przyjaźń ehh... Pomimo ciężkich tematów mój humor był cały czas 16/13. Gdy przyszłyśmy, piłyśmy herbatę zieloną  z pigwą i cytrusami (polecam!), oglądałyśmy Sherlocka Holmesa, którego Kasia kocha, a którego rysowany ołówkiem portret,oprawiony w ramkę, załatwiłam jej na urodziny. Serial świetny, naprawdę. Kocham seriale kryminalne. Chciałyśmy zrobić rodzicom Kasi przyjemność i upiekłyśmy im ciasto, lekko modyfikując przepis Lidla, który Wam tu wstawiam.
                     http://kuchnialidla.pl/product/placek-ze-sliwkami-i-beza
Modyfikacja polegała na tym, że zamieniłyśmy śliwki na jabłka. Przy robieniu było mnóstwo śmiechu, a bezę trzeba było ubijać dwa razy, ponieważ nam opadła. Efekt był, nieskromnie mówiąc, fenomenalny. Podałyśmy go na ciepło z lodami i bitą śmietaną,


                     A tu ostatnie już zdjęcie. Artystycznie przyszykowany prze Kasię obiad.
Ryż basmanti z curry,kurczakiem,krewetkami,warzywami.

Kasia je w domu dość niekonwencjonalnie hahah xD Było pyszne i ostre,czyli takie, jak lubię najbardziej.
Potem Kasia z tatą odwieźli mnie do domu, a ja zaraz po kąpieli zabrałam się za robienie posta, który jak mam nadzieję, spodobał się.


Proszę odezwijcie się w komentarzach,

                                          ~ Wasza Pacynka